Jan Baran - "Tarnowscy diakoni w Ekwadorze"

fajt

W lipcu bieżącego roku miałem możliwość udania się na praktykę diakońską do odległego od Polski o około 15000 km Ekwadoru. Pojechałem tam razem z kolegą rocznikowym Michałem. Kiedy dotarliśmy już na miejsce, z lotniska odebrali nas dwaj polscy misjonarze (pochodzący z diec. tarnowskiej) ks. Tomasz Paluch i ks. Grzegorz Koza, pracujący w parafii św. Jacka w Buena Fe. Była to również pierwsza parafia, w której zamieszkaliśmy i rozpoczęliśmy naszą wakacyjną praktykę. Kolejne misje, gdzie mieliśmy okazję przyglądnąć się pracy naszych księży to: parafia Matki Bożej Szkaplerznej w Mocache, gdzie pracują ks. Witold Machalski i ks. Marcin Chłopek oraz parafia św. Krzysztofa w Quevedo, miejsce pracy ks. Grzegorza Dziedzica.

Posługa misjonarza na każdej z tych parafii ma specyficzny charakter, chociaż jest wiele elementów wspólnych. Parafie te położone są w centrum miasta lub w jego pobliżu, skąd misjonarze wyjeżdżają do wiosek, w których celebrowana jest Msza święta tylko raz w miesiącu. Powodem tego są liczne wspólnoty i brak kapłanów. Ekwador jest w 96% krajem katolickim, jednak spora liczba wiernych, swoje życie religijne ogranicza tylko do dwóch wydarzeń: chrztu i pogrzebu. Zadawalające jest to, że bardzo prężnie rozwijają się ruchy i stowarzyszenia. Popularnością wśród tamtejszych ludzi cieszy się grupa o nazwie „Juan XXIII”. Jej członkowie mocno angażują się w życie parafii: uczestniczą w nabożeństwach, adoracjach, gromadzą się na cotygodniowych spotkaniach formacyjnych, odwiedzają chorych, pomagają uwikłanym w nałogi i organizują fundusze dla działalności Kościoła. Pośród innych organizacji należy wymienić: grupy młodzieżowe, liturgiczną służbę ołtarza, Legion Maryi, Infancia Misionera (PDMD), grupy biblijne i Caritas.

Jednym z większych problemów w Ekwadorze jest brak dostępu do edukacji. Wiele dzieci pracuje w ciągu dnia, dlatego do szkoły chodzą wieczorami. Najciężej mają mieszkańcy podmiejskich slumsów, gdyż z powodu braku pracy nie mają środków do życia. Nie są też ubezpieczeni, dlatego każda choroba staje się dla nich zagrożeniem. Tysiące ludzi mieszka w domkach na palach, zbudowanych z „cañi” – trzciny bambusowej. Taki domek kosztuje ok. 600$. Wiele osób nie stać nawet na takie domki, dlatego Kościół w Ekwadorze wyszedł naprzeciw tej trudności. Z inicjatywy hiszpańskiego jezuity, powstała organizacja „Hogar de Cristo” (Ognisko domowe dla Chrystusa, dom rodzinny z Chrystusem), która daje pieniądze na wybudowanie takiego domu. Wprowadzający się do takiego domu płacą na początku 25$, by potem co miesiąc kontynuować spłacanie. Ludzie nie są przyzwyczajeni do regularnej płatności, co sprawia problemy miejscowym duszpasterzom.

Warto również wspomnieć o działalności medycznej naszych misjonarzy. W Mocach i Quevedo, przy parafii, działa coś w rodzaju ośrodka zdrowia. Pacjenci otrzymują tam podstawowe leki i opiekę medyczną. Księża starają się o różne zagraniczne fundusze (Polska, Hiszpania), w celu prowadzenia tejże działalności.

Nasz pobyt w Ekwadorze miał głównie na celu przyglądnięcie się pracy misjonarzy. Jeśli Pan Bóg pozwoli – również i my w przyszłości dołączymy do ich grona.

 


Drukuj   E-mail